Wednesday, 25 March 2009

potrzebny doktor Paj Chi Wo

Szykuje się hardcore'owy weekend na Majdanku. Nie ma to jak wypoczynek sobotnio-niedzielny. Nauka. Nauka. Ledwo oderwałam się od sterty rozwalonych ubrań, które należy poskładać. Dopiero, co byłam uważana za najgorszego śmiecia, którego można skopać, zdeptać, splunąć nań a doń zaś powiedzieć: do widzenia. Życie, nieobliczalne życie. Dziś przynosisz mi awans społeczny. A jutro pewnie rzucisz mnie na pożarcie głodnym lwom. I nie pomogą modlitwy. Trzeba się ostro brać do pracy. Kuć żelazo póki gorące. Farmazony powiesz. Oj, nie postarała się, truizmy. Bzdet. Może i tak. Są rzeczy gorsze, są i te lepsze. Teraz jest to gorsze, a w życiu to lepsze(?).

***

A tak w ogóle, to źle się czuję. Fizycznie. Głowa. Brzuch. Kości. Wszystko na zmianę lub złośliwie - jednocześnie. I nie ma w tym sprawiedliwości. Czemu mnie boli głowa? A czemu nie Ciebie? Wolałabym, żeby wszystkich bolała głowa a mnie to opuściło. Tak. Tak. Tak. Jestem egoistką. Altruizm zostawiam Tobie. Od tak, bo dość mam współczucia i użalania się innych. Teraz ja się użalam. Tutaj mogę. Mogę jęczeć, narzekać i krzywić się.
Jęk. Ach! Ojej! Sss.. Oh! Oh, zabierz ten ból. Panadol ani żaden Pyralgin (Pyralgina? Pyralginum? - panie farmaceutki, aptekarki, panie magister zawsze mówią Pyralgina) nie zrobią tego. Ja już to sprawdziłam. Kiedy ból głowy przychodzi 8 razy na 7 dni w tygodniu (jak to możliwe?) to już żaden lek nie pomaga. Wentylacje. Wietrzenie. Spacer. Używki. Jedzenie. Brak jedzenie. Muzyka. Brak muzyki. Hałas. Cisza. Nic nie pomaga. Może to urojenie?
A na domiar złego słońce, które jest schowane za chmurami razi!
Co się ze mną dzieje? Może ktoś z Was, skrytych czytelników wie? Wyraź to!

Tuesday, 17 March 2009

możesz wierzyć albo nie

Mówili na to miejsce burdel. Burdel, po prostu burdel. Ja widziałam ten dom zupełnie inaczej. Wychowałam się tak i jakże szybko dojrzałam. Przytłumione światło, barwa głębokiego burgundu, zapach cygara, absyntu - osnutego czcią. Dym. Okrzyki rozkoszy i szloch zbrukanych dziewcząt. Artyści: poeci, malarze, instrumentaliści. Pijani literaci. Zabójczo przystojni, czarujący, doskonali kochankowie. Mieli jedną, podstawową wadę. Nie płacili. Nie mieli z czego. Czasem oddali kosztowny zegarek, podarunek od starszej pani. Brak pieniędzy przeszkadzał jedynie Mme Anne oraz niektórym z panien. Tym pazernym, zblazowanym, znudzonym i wypalonym. Ja gustowałam w poetach. Byli dla mnie rozkoszą większą niż stare perły przeplatane złotem. Dostałam je od pewnego bufona, chciał ze mną spędzić noc. Oferował wysokie sumy, kolację, najwyższej klasy hotel. Podarował mi perły i czarną suknię. Podziękowałam ślicznie. Nie zjawiłam się na kolacji.
***
Recytowali dla mnie wiersze, obsypywali kwiatami. Pieścili namiętnie każdy kawałek mojej duszy. Czasem wystarczył im mój uśmiech, by poczuli to, za co innym należało płacić. Jako jedyna miałam swobodę wyboru. Mogłam odmawiać. Mme Anne była moją daleką ciotką. Nie potrafiła traktować mnie tak samo jak inne. Nigdy, tak jak one, nie trafiłam na ulicę. Nigdy też, nie miałam tam trafić.
***
Pierre był jednym z nich. Obnosił się do mnie z szacunkiem godnym Najświętszej Panienki. Szeptał: Bonjour Princesse. Comment ca va? Tu es belle comme une fleurette, qui j'ai vole pour Toi. Jakże uroczo brzmiał francuski w jego ustach. Przychodził pod dom zawsze, kiedy słońce zaczynało chować się za murami miasta. Uwielbiał zachody słońca. A ja uwielbiałem Pierra. Beztrosko porywał mnie na nocne spacery wśród starych kamienic. Rozmawialiśmy o filozofii, kulturze, poezji. Dekadencja prowadziła nas wprost do Noire Minette. Miały tam miejsce spotkana bohemy, do której należał. Chodziłam tam z wielką ochotą. Uwielbiałam zanużyć się w ich poezji. Słowa oplatały mnie niczym ciepłe, męskie ramiona. Piłam absynt, ach! niemiłosiernie palił przełyk. Wyzwalający demon swobody umysłu wstrząsał moim ciałem. Martin częstował mnie papierosami, a George ustępował swojego miejsca.
Naprawdę byłam ich księżniczką. Żaden nie miał prawa mnie dotknąć bez mojej zgody. A ta, pojawiała się niezwykle rzadko. Kochali mnie za tę niezależność. Kochali. Szanowali. Po części była to zasługa mojej zniewalającej osobowości, po części strach przed gniewem Mme Anne. Niektórzy z nich uważali mnie za swoją muzę, ideał, którego nie mogą zbesztać.
Mężczyźni w moim życiu stanowili źródło rozkoszy, wznosili moje i tak nabrzmiałe poczucie własnej wartości. Byli integralną częścią mojej duszy. W takim samym stopniu postrzegałam ich jako zabaweczki. Jednak moje niebo nie znajdowało się w męskim ciele ani duchu. Istniało zupełnie w innym pierwiastku. Nigdy im tego nie powiedziałam.

Wednesday, 11 March 2009

sztuczny uśmiech

Mam dobry humor. To zaskakujące, ale mam dobry humor! Naprawdę, wspaniałe uczucie. Nie robię nic, co dawałoby mi radość, a jednak. Udaje się. Sekret? Tkwi w moich myślach. Czasem potrafię wyobrazić sobie tyle szczęścia, że zaczynam w nie wierzyć. I tak od jakiegoś czasu żyję myślami kilka lat wcześniej. Wydaje mi się, że czas nie upłynął i wszystko jest możliwe. Włączam sobie radosną muzykę, która kiedyś umilała i stanowiła podstawę życia. Słucham jej z dziwnym sentymentem. Widzę wtedy obrazy, czuję zapach, czuję ciepło lub chłód, który wtedy mi towarzyszył. Zatracam się w tym i już nie wracam do rzeczywistości. To zabawne, bo ta ułuda
towarzyszy mi nieustannie. Tak bardzo pochłania moją rzeczywistość, że nie poznaje ludzi na korytarzu. Nie słyszę kiedy ktoś do mnie mówi. Nie reaguję. A moja twarz prawdopodbnie przybiera minę nieadekwatną do sytuacji. Potrafię zaśmiać się w duchu i niespodziewanie wzbudzić tym zainteresowanie innych. Czym? Głośnym śmiechem, który słychać w sali obok.
Uciekam w sen. On daje najwięcej przyjemności. Przez kilka godzin mogę myśleć, być tu i tam. Mogę wszystko. Po tych seansach, trudno jest powrócić od razu do świata żywych. Dlatego mam uśmiech na twarzy. Kiedy zaczyna mi go brakować, zamykam się znów. Ja i moje fantazje. A może tylko wspomnienia? Cudownego życia, które miałam. Niedocenionego. Bezpowrotnie utraconego.

Tuesday, 3 March 2009

łóżko a nad nim wspomnienie

Zastanwiam się właśnie nad istotą przyjaźni. Nigdy nie miałam wielu przyjaciół. Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że było ich zaskakująco mało. Dwie? Trzy, trzy osoby. Chłopak i dwie dziewczyny. Z dwójką z nich nie mam w ogóle kontaktu. Z trzecią osobą czasem koresponduję przez Internet. Robert. Agata. Justyna. Kolejność wymieniania nie jest przypadkowa. Zaczęłam od osoby, z którą zaprzyjaźniłam się najwcześniej, jednocześnie, to ta, która pozostawiła w moim sercu największą ranę. Nigdy wcześniej nie myślałam, że to tak (sic!) się skończy.

Bo cóż to jest przyjaźń? Arystoteles powiada, że jest jedną z cnót. Wyróżnia przyjaźń idealną, która jest wartością samą w sobie. Jego filozofia jednak zakłada istnienie przyjaźni opartej na pewnym celu, który ludzie chcą zrealizować. Może to być przyjemność czy też użyteczność.

Głupia! Nigdy więcej tak nie ufaj ludziom! Dotarło do mnie wreszcie, że przyjaźń to coś bardzo niezdrowego. Przebywając z kimś często, przywiązałam się to tej osoby. Tym trudniej znieść rozstanie. To chyba nawet więcej niż miłość. Przyjaźń jest pozbawiona wszelkich cech negatywnych. Nie ma w niej zazdrości a po rozstaniu nie powinno pojawić się cierpienie. Moja przyjaźń była cudowna. Nieświadoma, ślepa na otaczającą mnie rzeczywistość wkładałam w to uczucie całą siebie. Nie sądziłam, że kiedyś się skończy. Żadna. Pomimo, że jedna się skończyła, ja brnęłam w następną. W rezultacie z przyjaciela zostało mi kilka wspomnień i zdjęcie przyklejone przy łóżku. Niby wszystko między nami skończone, nie mam od nich wieści od dawien dawna. Gdybym kogoś spotkała (spotkałam!) na ulicy, nie miałabym o czym rozmawiać. Życie toczy się dalej i tylko gorzki smak w ustach pozostał. Obiecujące znajomości okazały się być kolejną pomyłką. Godziny spędzone razem na rozmowach i wspólnych zainteresowaniach, teraz nie mają żadnego znaczenia.

Pytam się czemu? Dlaczego to wszystko się teraz dla Was nie liczy? Jestem bardzo wrażliwą kobietą, wszystko, absolutnie wszystko biorę sobie do serca. Czasem kilkaset razy analizuję jedną, błahą rozmowę. Choć mam ochotę do Was napisać i rzucić się na szyję przy najbliższej okazji, to tego nie zrobię. Coś w środku mnie zastygło. Coś w środku mnie bardzo cierpiało i teraz nie chce tego więcej. Coś w środku mnie, wie, że dla Was już nie istenieję. A te zdjęcia przy łóżku? Nie potrafię ich zdjąć, przypominają mi,że kiedyś byłam dla Was ważna.