W moim pokoju panuje nieustanny CHAOS! Zawsze. Permanentnie! Paralelnie na wszystkich płaszczyznach. Pod łóżkiem, nad nim i łóżku samym. W łóżku znajduje się prześcieradło, dwie poduszki, kołdra. Czasem jakaś zbłąkana koszula nocna, czasem inna rzecz. Często też ja sama jestem jego elementem. Całkiem pokaźna rzecz, ciało ludzkie zaiste jest dość obszerne. Moje nawet bardzo. Pod łóżkiem trzymam pudełka od butów, kable, wieszaki. Kurz. I całe mnóstwo rzeczy, które popycham coraz dalej aż wskoczą grzecznie pod łóżeczko. Nad łóżkiem radio, lampka, krem, zdjęcie, gazeta.
A pod biurkiem? - zapytasz. A nic akurat, ale obok kartki, chustki, stare słuchawki. Tu panuje istny burdel i nic mnie nie motywuje żeby poukładać. Większość rzeczy ląduje na podłodze. Takie moje życie. Na początku potrzebuję czegoś bardzo, fascynuję się tym, interesuję, dotykam, używam. I bach! Spadasz. Degradacja do rangi śmiecia.
Bywa i tak, że przeprowadzam generalną akcję odwszenia. Piorę ubrania, wyrzucam śmieci do wora, ścielę łoże. Odkurzam i myję podłogę. Układam w szafie. Układam stosy książek, alfabetycznie lub od najwyższych do najniższych. Jestem potwornie zmęczona.A wystarczy odkładać rzeczy na miejsce. Nie, systematyczność to nie moja cecha. Zdecydowanie. Syfiara! A fe!

